Koniec biegania z bólem!

Nowy rok, nowa ja. Takie hasła są coraz popularniejsze wraz ze zbliżaniem się stycznia i Nowego Roku. Jest to dla wielu okres refleksji, ewaluacji, postanowień zmian. Wiele przemyśleń na temat trenowania towarzyszyło mi w tym okresie. Z jednej strony chciałam podkręcić i ukierunkować mój trening po zbudowaniu fajnej bazy i stabilnego kilometrażu ok.80km/tydzień, z drugiej cały czas wiedziałam, że trzeba się raz na zawsze pozbyć tego przewlekłego bólu pod pośladkiem, bo chyba sam nie przejdzie. Wybrałam opcję numer 2.

Większość zna zapewne ten stan, gdy ma się świadomość jakiegoś problemu, który trzeba skonfrontować, ale tę konfrontację odwleka się w czasie. Może to być zrzucenie masy ciała, wizyta u dentysty czy fizjoterapeuty. Jest to taki etap “prekontemplacji”, na którym wiemy, że coś jest nie tak i trzebaby poczynić jakieś kroki w kierunku zmiany, ale tłumaczymy sobie na milion sposobów, dlaczego wcale jeszcze zmiany dokonywać nie trzeba. Ja w stanie tej “prekontemplacji” problemu trwałam już z kilka lat.

Tłumaczyłam sobie nieustannie, że może problem sam minie. Albo, że jak zrobię 2-tygodniową przerwę od biegania to “puści” (spróbowałam tego tylko raz). Albo, że ćwiczenie 1h przed i 1h po bieganiu pomoże. W pewnym momencie miałam przeświadczenie, że wyleczenie mojej kontuzji zależy głównie od poprawnego wykonywania odpowiednich ćwiczeń i zmiany techniki biegu. Więc ćwiczyłam codziennie, biegałam bardzo świadomie i w skupieniu, żeby utrzymać jak najlepszą technikę. Trochę to nawet pomagało, ale po pół roku takiego reżimu i nieustannego myślenia “zaboli dziś, czy nie zaboli?”, wypaliłam się. Na dłuższą metę, to było cholernie męczące.

Wróćmy do początku, co to za kontuzja?

Od kilku lat (choć mam wrażenie, że od zawsze) coś było nie tak z moim prawym biodrem. Czasem coś zakłuło z przodu, co chwila mięsień pośladkowy się spinał i taki pospinany nie nadawał się do biegania. I bolał nawet w nocy. Ale głównym problemem był przyczep mięśni kulszowo-goleniowych i okolica guza kulszowego, czyli tej kości na której siedzimy. Ból nasilał się po rozciąganiu, szybszym bieganiu oraz zimą po bieganiu po śliskiej nawierzchni. Zaczęłam zauważać, że biegam przez to “krzywo”, co opisałam w poprzednim wpisie o analizie techniki biegu.

Myśl o zrobieniu rezonansu magnetycznego pierwszy raz pojawiła się u mnie już 3 lata temu, w USA. Tam taka diagnostyka była w moim przypadku szybka i bezpłatna. Niestety, byłam zajęta leczeniem innych dolegliwości i ten problem był wtedy na dalszym planie. Od tamtego czasu odwiedziłam kilku fizjoterapeutów, którzy różnymi technikami próbowali mi pomóc, bezskutecznie.

Wreszcie stwierdziłam, że trzeba podjąć konkretniejsze działania. Na początku tego roku udałam się do kliniki RehaSport w Gdańsku. Tam lekarz ortopeda zlecił mi rezonans magnetyczny, którego opis brzmiał następująco: “Częściowe, dość znaczne uszkodzenie przyczepu ścięgien do guza kulszowego po stronie prawej. Cechy niewielkiego konfliktu kulszowo-udowego po tej stronie.” Lekarz zalecił wykonanie zastrzyku z osocza bogatopłytkowego (PRP- Platelet Rich Plasma), jako że moje schorzenie polegało na obecności zmian degeneracyjnych na tle powtarzających się mikrourazów (tak zwana entezopatia). Bezzwłocznie wykonałam zastrzyk, odpoczęłam 2 tygodnie i zabieram się do rozpoczęcia rehabilitacji!

Najgorsze (i najlepsze?) w tej kontuzji było to, że dało się z nią trenować!

Tak jak napisałam we wstępie, byłam w stanie biegać codziennie, ostatnio robiłam nawet 10km zakresu po ok. 4:05min/km, 10x150m podbiegu czy nawet 20km wybiegania. Nie rozciągałam “tylnej taśmy”, bo to pogorszało sprawę, i od kilku miesięcy nie robiłam szybkich przebieżek. Eksperymentowałam z ćwiczeniami, techniką biegu i jakoś to szło.

Ale ten problem coraz bardziej mnie uwierał, nawet bardziej psychicznie niż fizycznie. Bieganie to nierozłączny element mojej codzienności. Dlatego tak trudno było mi podjąć decyzję by na chwilę odpuścić, porządnie się wyleczyć. Uzależniłam się od codziennego zastrzyku endorfin i poczucia satysfakcji po wykonanym treningu. Ale uświadomiłam sobie bardzo ważną rzecz.

Chcę, by ten sport towarzyszył mi przez całe moje życie, a nie tylko jakiś jego etap. Patrząc z szerszej perspektywy trenowanie z kontuzją to głupota.

Zdrowie jest jedno, a niestety bardzo łatwo jest je zaniedbać. Szczególnie gdy zamiast mieć przed oczami szerokie spektrum możliwości skupiamy się na jakimś jednym celu, patrzymy krótkowzrocznie i płacimy  za to zdecydowanie za wysoką cenę.

Ostatnio spotkałam swojego sąsiada, biegacza amatora, i tradycyjnie spytałam “jak tam bieganie”? Pamiętam jak 10 lat temu stał z papierosem pod trzepakiem, a parę lat później przy tym samym trzepaku robił już wymachy nóg w ramach rozgrzewki przed bieganiem. Transformacja. Widziałam, jak bardzo cieszył go ten sport i ile radochy mu sprawiało opowiadanie o wszystkich wydarzeniach typu Biegam bo Lubię, Park Run itp. Pamiętam, że kilka miesięcy temu kibicowałam mu na jakimś półmaratonie, a on zdyszany zdołał odkrzyknąć mi “to treningowo, bo boli mnie noga!”. On kulał, jego technika też kulała. Niestety, gdy go ostatnio spotkałam zamiast usłyszeć od niego kolejnej emocjonującej relacji z treningu usłyszałam, że koniec z bieganiem. Lekarz definitywnie zabronił.

To mną potrząsnęło, pokazało mi jak bardzo chwilowe treningowe “haje” nie są warte spędzenia reszty życia bez uprawiania ulubionego sportu. W końcu zdrowie jest najważniejsze. Nie mam pojęcia ile czasu potrwa leczenie, rehabilitacja. Tak do końca nigdy tego nie wiadomo, każdy organizm jest inny. Jednak wreszcie dojrzałam do tego, by postanowić sobie

koniec biegania z bólem

Bo uprawianie sportu nie jest jak sprint, a raczej jak maraton.

Dbajcie o siebie, diagnozujcie się i nie biegajcie z bólem!

Magda